Albo TABATA albo sratatata!

Niedawno wpadł mi w ręce film pokazujący trening Tabata, w którym pani instruktor wykonywała pajacyki w ilości 10 na minutę, czyli 3 w przełożeniu na 20 sekund – bo tyle trwa w Tabacie jedno ćwiczenie – zachwalając przy tym ten „interwał” jako cudowny środek na redukcję tłuszczu i kondycję.

Cóż, jeśli uważa się, że mercedes z wnętrzem poloneza to wciąż mercedes, to nie mam więcej uwag i w zasadzie możecie nie czytać dalej tego tekstu.

Nie będę rozpisywał się czym jest Tabata, bo takowe info możecie szybko wygooglować. W dwóch zdaniach: trening metaboliczny polegający na wykonaniu danego ćwiczenia przez 20 sekund w maksymalnym tempie. Inaczej rzecz ujmując: w bardzo krótkim czasie wykonujemy tyle powtórzeń danego ćwiczenia, ile jesteśmy w stanie (opis książkowy, podręcznikowy dr Izumi Tabata). Czyli – powtórzę, się ale widać trzeba – każda 20-sekundowa runda wymagać ma od człowieka trenowania na poziomie 170 procent maksymalnego pułapu tlenowego.

I teraz skąd ten tekst, skąd to poruszenie?

No skoro coś nazywa się Tabatą i polega na tym, na czym polega a instruktor na filmie ćwiczy w ślimaczym tempie uśmiechając się od ucha do ucha jak podczas wycieczki krajoznawczej, to przepraszam bardzo, ale coś tu jest nie tak. Albo się pokazuje Tabatę w jej oryginalnej formie, bo tylko wtedy jest ona tym, czym być powinna albo się ćwiczy interwał, nagrywa film i nie wciska ciemnoty, że 5 pajacyków przez 20 sekund zdziała cuda i nakręci metabolizm na 48 godzin (z podręcznika dr Tabata).

Po krótkiej konwersacji z panią prowadzącą, bo przepraszam, ale nie wytrzymałem – dowiedziałem się również, że ten film był nagrywany z myślą o grupie początkującej. HA HA HA

Czyli…
Rozumiem, że w klubie, w którym pracuje owa pani każde zajęcia dzielą się na grupę zaawansowaną i początkującą, czyli zdrowy kręgosłup jest o godzinie 19:00 dla początkujących a godzinę później dla zaawansowanych? I w grupie początkującej Tabatę ćwiczy się dużo wolniej, żeby się początkujące zbytnio nie zmęczyły, CZYLI (z definicji) nie osiągnęły danego pułapu tlenowego, nie osiągnęły odpowiedniego tętna, CZYLI – NIE ĆWICZYŁY TABATY, lecz tabatopodobny klon dla początkujących czy jak inaczej nazwać ten twór, bo na pewno nie po imieniu?

Albo kochana pani instruktor ćwiczysz Tabatę tak, jak to opisał jej twórca, albo robisz normalny interwał (czyli trening ze zmiennym obciążeniem) jakich w klubach milion pod różną nazwą. Albo ją promujesz w oryginalnej formie, albo promujesz coś, czym ona nie jest mącąc ludziom w głowach, chyba po to, by KREW MNIE ZALEWAŁA, gdy po opuszczeniu sali fitness (na rzęsach dosłownie) niektórzy moi podopieczni wchodzą na bieżnię twierdząc „dziś jakoś się nie zmęczyłam”. Się nie dziwię – przecież „widzieli taki film w Internecie…”!!!

Kończąc, żeby mnie źle nie zrozumieć – nie twierdzę, że prowadzona przeze mnie TEAM TABATA jest treningiem najlepszym na świecie, bo prawdopodobnie tak nie jest. Chcę tylko ów temat uściślić i poprosić Was, drodzy koledzy i koleżanki po fachu, żebyście tłumaczyli ludziom co, jak i z czym się je, jak się to ćwiczy, jak mówi teoria i co się dzieje po takim HIIT treningu. I albo jeździmy mercedesem albo polonezem w „skórze” poloneza.

Jak zwykle – komentujcie i widzimy się na TABACIE! 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *